czwartek, 28 stycznia 2016

"Tae Ekkejr!" Eleonora Ratkiewicz - Recenzja



Nigdy nie był niedźwiedziem - szerokim w barach, potężnie zbudowanym wojownikiem, jak jego ojciec. Z dzieciaka wyrósł dziki kot. Lampart - chudy, muskularny, gibki i zuchwały. Tylko włóczęgą pozostał jak dawniej. Nic nie poradzisz na to, że książę Lermett najlepiej czuje
się nie w zamkowej bibliotece, sali tronowej, nawet nie na placu szermierczym, a w drodze.

I właśnie w drodze się poznali. Enneari szedł tak, jak oddychał: lekko, miarowo, prężnie. Niewiele rzeczy jest przeszkodą dla elfa. Ale zabić go można.

Tae Keruin - Umieram! Tae Ekkejr - Nie umrzesz!

Teraz elf ma dług do spłacenia. I to go martwi. Nawet nie podejrzewa, że los już szykuje okazję do rozrachunku. Niejedną. I niejedną do zaciągnięcia nowych zobowiązań.

Bo śmierć już idzie ich tropem. I nic już nie będzie jak dawniej.


Książki są różne. Obszerne i cienkie, z morałem i bez, humorystyczne i całkiem poważne, z piękną okładką i prostą okładką, wciągające i nudne. Ludzie też są różni, choć ludzie to być może złe słowo. Wszystkie istoty zamieszkujące świat realny, jak i ten fantastyczny, są zupełnie inne. Jest tak wiele różnych, zupełnie niepodobnych do siebie kultur, które ścierają się w życiu codziennym w ten, czy inny sposób. I mimo tej inności powstają przyjaźnie. Krótkie i intensywne, lub wieczne i prawdziwe. Bo o tym jest „Tae Ekkejr!”. O przyjaźni ponad podziałami.

Eleonora Ratkiewicz stworzyła coś, co zapada w pamięć nie dzięki wartkiej akcji, podnoszących adrenalinę przygodach i krwi sikającej z tętnic wrogów. „Tae Ekkejr!” zapamiętam przez wzgląd na to, jak bardzo prawdziwe jest jego przesłanie w stosunku do nas samych. Bo jednego tej książce odmówić nie można – przesłania.

Lermett w głębi – a może nawet wcale nie tak głęboko – serca jest włóczęgą. Włóczęgą niezwykłym, bo takim, na którego czeka tron i korona. Nazywany przez ojca w dzieciństwie niedźwiadkiem-przepadkiem, wyrósł zupełnie do niedźwiedzia niepodobny. Szczupły, zwinny i muskularny, ale nijak do ojca niepodobny. Aż się ciśnie na usta określenie – koci. Lermett wyrusza w drogę w roli posła z ważnym, choć początkowo nie określonym dla nas, czytelników, zamiarem, a idzie gdzie? Rzecz jasna do elfów.
Enneari, jak wszystkie elfy, doskonale orientuje się w niebezpieczeństwach czyhających na szlaku, a mimo to w górach nieoczekiwanie znajduje się w niebezpieczeństwie. Bliski śmierci nie może liczyć na ratunek, a jednak na jego drodze staje człowiek.
Tak łączą się ich losy, elfa i człowieka. Enneari ma dług, który musi spłacić, choć Lermett o żadnej spłacie słyszeć nie chce. Mimo to dalej podróżują już razem, zupełnie nieświadomi tego, co na nich czeka. A coś z pewnością czeka – magia i spisek. Okazuje się również, że ich cele wcale nie muszą być różne.

Jeśli mam być zupełnie szczera, pierwsze kilkanaście stron nudziło mnie jak diabli. Książka ma to do siebie, że pełna jest wewnętrznych monologów i rozważań bohaterów. Nieszczególnie to do mnie przemawia, ale kiedy już się przyzwyczaiłam, polubiłam Lermetta i Enneariego, znacznie łatwiej przychodziło mi przebijać się przez ich mentalne wywody. Muszę też przyznać, że w inny sposób trudno byłoby podkreślić różnice między nimi, między ich sposobem myślenia i zasadami, jakimi się kierowali. Dwójka bohaterów non stop borykała się z jednym problemem – zrozumieniem tego drugiego. Jak nie obrazić towarzysza, skoro nie ma się pojęcia o jego kulturze? Jak przypadkiem nie palnąć głupstwa, zupełnie nie zdając sobie z tego sprawy? Wydawałoby się to proste, a jednak stanowi poważne wyzwanie. Jest przecież tyle zawiłych zwyczajów, tyle słów, które mają wiele znaczeń i mogą być opatrznie zrozumiane. Zwyczaje i tradycje jednego ludu są inne, niż te znane nam. Zabawnie było śledzić ich próby zrozumienia siebie nawzajem. Jednak najpiękniejsze było to, że mimo wszystkich różnic ta dwójka stała się sobie bliska. Autorka pokazała, że przyjaźń nie kieruje się sztywnymi zasadami, nie przejmuje się kolorem skóry, kształtem uszu, wyglądem i rasą. Ona po prostu jest, kiedy dwie pokrewne dusze spotkają się na życiowym szlaku.

Eleonora Ratkiewicz odświeżyła utarty schemat świata fantasy, ukazując inne oblicze elfów, a nawet krasnoludów – naprawdę nie ma tam ani jednego, urżniętego spirytusem krasnoluda, przeklinającego co drugie słowo! Typowy motyw bohaterów w podróży, szukających drogi, na końcu której majaczy obrany na początku podróży cel, momentami bywał nużący, ale nie zawsze wszystko musi być przesiąknięte wartką akcją. Czasem takie chwile spokoju dają czytelnikowi odpocząć, pozwalają przygotować się na wielki, czytelniczy wstrząs.  Tutaj może i ten wstrząs nie był tak ogromny, jak należało się spodziewać, ale bardzo przyjemny.

„Tae Ekkejr” to dobre fantasy. Nie znajdziecie tu jednak mordobicia co dwie strony, wulgaryzmów, co dwa słowa i walki na śmierć i życie, co dwa rozdziały. Walka owszem jest, nawet o życie, ale nie w przerażającym nadmiarze, za co autorce serdecznie dziękuję, bo przesada bywa zgubna. Akcja jest jakby tłem dla budzącego się powoli zaufania między bohaterami, dla pięknej przyjaźni, której szuka każdy z nas. Bywa zabawnie i wzruszająco, a do tego jeszcze ciekawie. Czegóż chcieć więcej? Trafiłam na powieść, o której będę pamiętać. Na coś, co sprawia, że zastanawiam się nad sobą, nad światem i właśnie nad tym kruchym czymś, co zwą przyjaźnią.

Tak. Przyjaźń jest głównym tematem tej książki i z pewnością jest to wdzięczny temat. Polecam serdecznie.

Ocena: 8/10
Tytuł: Tae Ekkejr!
Autor: Eleonora Ratkiewicz
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Data wydania: 22.06.2011
ISBN: 9788375745887
Liczba stron:360
Kategoria: fantastyka, fantasy

Pozdrawiam,



SMG.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz