Nigdy nie był niedźwiedziem - szerokim w barach, potężnie zbudowanym wojownikiem, jak jego ojciec. Z dzieciaka wyrósł dziki kot. Lampart - chudy, muskularny, gibki i zuchwały. Tylko włóczęgą pozostał jak dawniej. Nic nie poradzisz na to, że książę Lermett najlepiej czuje
się nie w zamkowej bibliotece, sali tronowej, nawet nie na placu szermierczym, a w drodze.
I właśnie w drodze się poznali. Enneari szedł tak, jak oddychał: lekko, miarowo, prężnie. Niewiele rzeczy jest przeszkodą dla elfa. Ale zabić go można.
Tae Keruin - Umieram! Tae Ekkejr - Nie umrzesz!
Teraz elf ma dług do spłacenia. I to go martwi. Nawet nie podejrzewa, że los już szykuje okazję do rozrachunku. Niejedną. I niejedną do zaciągnięcia nowych zobowiązań.
Bo śmierć już idzie ich tropem. I nic już nie będzie jak dawniej.
Książki są różne. Obszerne i cienkie, z morałem i bez,
humorystyczne i całkiem poważne, z piękną okładką i prostą okładką, wciągające
i nudne. Ludzie też są różni, choć ludzie to być może złe słowo. Wszystkie
istoty zamieszkujące świat realny, jak i ten fantastyczny, są zupełnie inne.
Jest tak wiele różnych, zupełnie niepodobnych do siebie kultur, które ścierają
się w życiu codziennym w ten, czy inny sposób. I mimo tej inności powstają
przyjaźnie. Krótkie i intensywne, lub wieczne i prawdziwe. Bo o tym jest „Tae
Ekkejr!”. O przyjaźni ponad podziałami.
Eleonora Ratkiewicz stworzyła coś, co zapada w pamięć nie dzięki
wartkiej akcji, podnoszących adrenalinę przygodach i krwi sikającej z tętnic
wrogów. „Tae Ekkejr!” zapamiętam przez wzgląd na to, jak bardzo prawdziwe jest
jego przesłanie w stosunku do nas samych. Bo jednego tej książce odmówić nie
można – przesłania.
Lermett w głębi – a może nawet wcale nie tak głęboko – serca jest
włóczęgą. Włóczęgą niezwykłym, bo takim, na którego czeka tron i korona.
Nazywany przez ojca w dzieciństwie niedźwiadkiem-przepadkiem, wyrósł zupełnie
do niedźwiedzia niepodobny. Szczupły, zwinny i muskularny, ale nijak do ojca
niepodobny. Aż się ciśnie na usta określenie – koci. Lermett wyrusza w drogę w
roli posła z ważnym, choć początkowo nie określonym dla nas, czytelników,
zamiarem, a idzie gdzie? Rzecz jasna do elfów.
Enneari, jak wszystkie elfy, doskonale orientuje się w
niebezpieczeństwach czyhających na szlaku, a mimo to w górach nieoczekiwanie
znajduje się w niebezpieczeństwie. Bliski śmierci nie może liczyć na ratunek, a
jednak na jego drodze staje człowiek.
Tak łączą się ich losy, elfa i człowieka. Enneari ma dług, który
musi spłacić, choć Lermett o żadnej spłacie słyszeć nie chce. Mimo to dalej
podróżują już razem, zupełnie nieświadomi tego, co na nich czeka. A coś z
pewnością czeka – magia i spisek. Okazuje się również, że ich cele wcale nie
muszą być różne.
Jeśli mam być zupełnie szczera, pierwsze kilkanaście stron nudziło
mnie jak diabli. Książka ma to do siebie, że pełna jest wewnętrznych monologów
i rozważań bohaterów. Nieszczególnie to do mnie przemawia, ale kiedy już się
przyzwyczaiłam, polubiłam Lermetta i Enneariego, znacznie łatwiej przychodziło
mi przebijać się przez ich mentalne wywody. Muszę też przyznać, że w inny
sposób trudno byłoby podkreślić różnice między nimi, między ich sposobem
myślenia i zasadami, jakimi się kierowali. Dwójka bohaterów non stop borykała
się z jednym problemem – zrozumieniem tego drugiego. Jak nie obrazić
towarzysza, skoro nie ma się pojęcia o jego kulturze? Jak przypadkiem nie
palnąć głupstwa, zupełnie nie zdając sobie z tego sprawy? Wydawałoby się to
proste, a jednak stanowi poważne wyzwanie. Jest przecież tyle zawiłych
zwyczajów, tyle słów, które mają wiele znaczeń i mogą być opatrznie zrozumiane.
Zwyczaje i tradycje jednego ludu są inne, niż te znane nam. Zabawnie było
śledzić ich próby zrozumienia siebie nawzajem. Jednak najpiękniejsze było to,
że mimo wszystkich różnic ta dwójka stała się sobie bliska. Autorka pokazała,
że przyjaźń nie kieruje się sztywnymi zasadami, nie przejmuje się kolorem
skóry, kształtem uszu, wyglądem i rasą. Ona po prostu jest, kiedy dwie pokrewne
dusze spotkają się na życiowym szlaku.
Eleonora Ratkiewicz odświeżyła utarty schemat świata fantasy,
ukazując inne oblicze elfów, a nawet krasnoludów – naprawdę nie ma tam ani
jednego, urżniętego spirytusem krasnoluda, przeklinającego co drugie słowo!
Typowy motyw bohaterów w podróży, szukających drogi, na końcu której majaczy
obrany na początku podróży cel, momentami bywał nużący, ale nie zawsze wszystko
musi być przesiąknięte wartką akcją. Czasem takie chwile spokoju dają
czytelnikowi odpocząć, pozwalają przygotować się na wielki, czytelniczy
wstrząs. Tutaj może i ten wstrząs nie
był tak ogromny, jak należało się spodziewać, ale bardzo przyjemny.
„Tae Ekkejr” to dobre fantasy. Nie znajdziecie tu jednak
mordobicia co dwie strony, wulgaryzmów, co dwa słowa i walki na śmierć i życie,
co dwa rozdziały. Walka owszem jest, nawet o życie, ale nie w przerażającym
nadmiarze, za co autorce serdecznie dziękuję, bo przesada bywa zgubna. Akcja
jest jakby tłem dla budzącego się powoli zaufania między bohaterami, dla
pięknej przyjaźni, której szuka każdy z nas. Bywa zabawnie i wzruszająco, a do
tego jeszcze ciekawie. Czegóż chcieć więcej? Trafiłam na powieść, o której będę
pamiętać. Na coś, co sprawia, że zastanawiam się nad sobą, nad światem i
właśnie nad tym kruchym czymś, co zwą przyjaźnią.
Tak. Przyjaźń jest głównym tematem tej książki i z pewnością jest
to wdzięczny temat. Polecam serdecznie.
Ocena: 8/10
Tytuł: Tae
Ekkejr!
Autor: Eleonora
Ratkiewicz
Wydawnictwo:
Fabryka Słów
Data
wydania: 22.06.2011
ISBN: 9788375745887
Liczba
stron:360
Kategoria:
fantastyka, fantasy
Pozdrawiam,
SMG.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz