niedziela, 17 kwietnia 2016

Idź i czekaj mrozów - Marta Krajewska


Należę do freaków słowiańskości. Śledzę uważnie nowe fakty mówiące coś więcej o życiu naszych przodków, znam na wylot demonologię, legendy i słowiańskie bóstwa. A jednak za każdym razem, gdy czytam coś, co jest oparte na naszych dawnych, pogańskich wierzeniach, nie mogę wyjść z podziwu nad koncepcjami autorów. Wyobraźnia jest niezgłębiona, nieograniczona i wielka. Ze zwykłego symbolu potrafi uczynić punkt zwrotny opowieści, a najmniejszego demona uczynić ważnym. 
Na „Idź i czekaj mrozów", Marty Krajewskiej zacierałam ręce grubo przed premierą. Zżerała mnie ciekawość, co też autorka wykorzysta, jak opisze zwyczaje, krainę, świat. Nie ma więc nic dziwnego w tym, że zamówiłam książkę krótko po premierze i dosłownie zakochałam się w Wilczej Dolinie.
Wykreowany przez Martę Krajewską świat jest mroczny, pełen strachów i czyhających na nieostrożnego człowieka nocnych niebezpieczeństw. Ci, którzy nie wierzą, że w lesie może ich dopaść leszy, a wąpierz tylko czeka, by przyssać się do ich szyi, długo nie pożyją. Prędzej czy później coś ich dorwie.   
Venda jest uczennicą zielarza, opiekuna Wilczej Doliny. Jest dla niego kimś w rodzaju przyszywanej córki, ale mężczyzna nie okazuje jej zbyt wielu ciepłych uczuć. Kiedy opiekun pada ofiarą nie do końca sprecyzowanego monstrum, Venda staje przed bardzo trudnym wyborem. Musi zdecydować, czy przejąć obowiązki opiekuna i zgodzić się chronić mieszkańców doliny, czy jednak odmówić. Z przyjęciem wiąże się ogromne niebezpieczeństwo, ale jeśli odmówi, mieszkańcy mogą sobie nie poradzić. W końcu kto nadaje się do tej roli lepiej niż ona? W dodatku do Wilczej Doliny wraca ten o wilczych oczach – ostatni z wilkarów. Bardziej przypominający bestię niż człowieka mężczyzna wcale nie działa bezinteresownie. Chroni Vendę, ale czego chce w zamian? Wszystko wskazuje na to, że interesuje się dziewczyną z powodu starej przepowiedni, dzięki której rasa potężnych wilkarów powróci. Nie spodziewa się jednak, że targną nim niespodziewanie ludzkie uczucia.
Podobała mi się kreacja bohaterów. Venda nie jest wszechmocną dziewczyną. Ma swoje mocne strony i słabości, ciągle się uczy. Po ziemi stąpa jednak twardo, szuka rozwiązań, robi co w jej mocy, by w tym mrocznym świecie pomagać innym. Jest mądra i dojrzała, a w dodatku wcale nie irytująca, co często bywa bolączką debiutujących pisarzy – tworzą postaci tak denerwujące, zadufane w sobie i płytkie, że głowa mała. Marta Krajewska nie popełniła tego błędu. Vendę spokojnie można zaliczyć do świetnie skonstruowanych postaci. Z kolei nasz wilkar początkowo jest nieufny, oschły, wręcz dziki. Stopniowo odkrywa w sobie delikatność i to wszystko dobrze ze sobą współgra. Bohaterowie poboczni również są ciekawi. Bardzo podobał mi się wątek młodej dziewczyny spółkującej z demonami. Atra przedstawiała obraz typowej egoistycznej i zakochanej w sobie nastolatki, która ma pretensje do całego świata dosłownie o wszystko.
Wątki poboczne są skonstruowane w taki sposób, że nie tylko nie nudzą, odrywając od głównego wątku, ale wręcz go napędzają. Świetnie przeplatają się z wyzwaniami, których podejmuje się Venda. Narracja jest prowadzona w sposób przeze mnie preferowany. Dzięki niej mamy szerszy pogląd na sytuację, możemy oceniać fabułę i wydarzenia z perspektywy różnych osób. Stajemy się matką, która straciła dziecko i szuka sposobu, by odkupić grzechy. Dziewczyną, zagubioną we własnych żądzach, fantazjach i mroku. Kobietą, szukającą miłości. Zakochanym beznadziejnie młodzieńcem. Mężczyzną, pragnącym końca samotności i powrotu innych, takich jak on. Marta Krajewska potrafi kierować czytelnikiem, wzbudzać w nim szeroką gamę uczuć.
Opisy napisane są sprawnie i z wdziękiem, nie za długie, nie za krótkie – ot idealne. W przeciwieństwie do wielu innych pozycji, tutaj nie pełnią funkcji nabijania objętości. Po prostu są. Niekiedy urzekające, innym razem funkcjonalne.
Miło było zanurzyć się w tym świecie, razem z Vendą głowić się nad pokonaniem różnych demonów i śledzić rozwijającą się zakazaną miłość, która nawiasem mówiąc, w żaden sposób nie przysłoniła opowieści. Wszystkie elementy historii egzystowały w równowadze, współdziałając, a nie przeszkadzając sobie. Jestem szczerze zachwycona tą książką. Nie potrafię nawet powiedzieć, czy coś mi przeszkadzało. Wciąż jestem pod wrażeniem zakończenia i w trakcie zastanawiania się nad tym, co przyniesie drugi tom, bo wątki, zamiast się rozwiązać, zagmatwały się jeszcze bardziej.

9/10
Tytuł: Idź i czekaj mrozów
Autor: Marta Krajewska
Wydawnictwo: Genius Creations
Liczba stron: 520

ISBN: 9788379950454

poniedziałek, 28 marca 2016

Sprawa Niny Frank - Katarzyna Bonda



Zawsze stroniłam od kryminałów. Kiedyś, w moim mniemaniu, interesująca była tylko fantastyka. Ale co się dzieje, kiedy przeczytałeś już niemal wszystko ze swojego ulubionego gatunku i nie wiesz, w co zainwestować swój czas tym razem? Gdy masz dość znanych schematów i szukasz czegoś nowego? Sięgasz po coś, co do tej pory skutecznie cię odrzucało. Zaczynając oczywiście od najpopularniejszej i najpoczytniejszej w Polsce pisarki kryminałów – Katarzyny Bondy. „Sprawa Niny Frank”, debiutancka powieść tej autorki, wciągnęła mnie w mroczny wir śledztwa i za nic nie mogłam się z niego wydostać. Nie ma w tym nic dziwnego. Sięgnęłam po prawdziwą mistrzynię pióra. Powieści Katarzyny Bondy sprzedają się lepiej niż świeże bułeczki. Trafiają na listy bestsellerów i longsellerów, a popularność samej autorki wciąż rośnie.
O czym traktuje „Sprawa Niny Frank”? O zbrodni oczywiście. Zanurzamy się zarówno w umysł mordercy, jak i ofiary. A w jaki sposób?
Hubert Meyer jest pierwszym w Polsce profilerem z umiejętnościami detektywa. Profiler zajmuje się tworzeniem portretu psychologicznego mordercy. Potrafi określić jego nawyki, opowiedzieć o rodzinie, określić wzrost, wygląd, ubiór, a wszystko to na podstawie poszlak i oględzin miejsca zbrodni oraz ciała ofiary. Pewien amerykański profiler potrafił nawet określić wzór marynarki, w jakiej morderca zostanie złapany – i istotnie, policjanci ujęli go właśnie w takiej marynarce.
Tak więc Meyer, mający rozwód na karku, zostaje przez swojego szefa przydzielony do sprawy Niny Frank, gwiazdy telewizyjnej, znanej aktorki. Wyjeżdża na wieś, by tam razem z komisarzem Kulą dociec, kto zabił. Jednak sprawa wcale nie jest taka prosta. Brutalne morderstwo nie od razu da się wyjaśnić. Jest mnóstwo poszlak i paru podejrzanych. Sam Meyer określa sprawę jako rosyjską matrioszkę, ponieważ za każdym razem, gdy wydaje mu się, że jest coraz bliżej rozwiązania, pojawia się nowy szczegół, który pociąga go głębiej i głębiej w meandry niewiadomej. Ja sama puszyłam się jak paw, bo oczywistym dla mnie było, kto zabił. Rzecz jasna tylko przez parę stron, bo później, zupełnie jak Meyer, wyraźnie zauważałam „efekt matrioszki”. Praktycznie rzecz biorąc aż do rozwiązania powieści nie miałam pojęcia, kim był morderca.
Na kartach powieści przeżywamy nie tylko samo śledztwo. Autorka umiejętnie ukazuje nam sposób myślenia zabójcy, jego niezdrową psychikę i aż bijące z niej szaleństwo. Książka rozpoczyna się nawet od jednego z jego listów do Niny Frank. Dostajemy też możliwość poznania samej ofiary – Niny – która, jak się okazuje, prowadziła anonimowy dziennik internetowy. Poznajemy jej przeszłość, problemy, fakty, które uczyniły z niej niesamowitą kobietę, kochaną przez setki widzów. Jej życie nie było usłane różami. Ten dziennik, jak i cała powieść, doskonale ukazuje złożoność ludzkiej psychiki. Człowiek całe życie dokonuje wyborów. Dobrze, jeśli uczy się na nich, stara się pokonać przeszkody. Źle, jeśli jego wybory sprowadzają się do zła, z którego ciężko się wyplątać. Zamiast oderwać się od niego, brniemy do środka, głębiej i głębiej, aż w końcu oglądamy się za siebie i rozumiemy, że nie ma powrotu. Dziennik Niny Frank, jej przeżycia, przypadkowe zdarzenia, motywacja i wszystko, co przydarzyło się tej dziewczynie na drodze do  zostanie gwiazdą, było jedną z najlepszych części powieści. Chłonęłam te rozdziały bez opamiętania i mimo wszystkich złych decyzji Niny naprawdę ją polubiłam. Czułam autentyczny żal na myśl, że została zamordowana. Od dawna nie nosiłam w sobie tylu emocji podczas lektury.
Uwielbiam bohaterów „Sprawy Niny Frank”. Są jak żywi. Nie papierowi, miałcy i nijacy. Prawdziwi. Meyer – charyzmatyczny i przystojny profiler, ale nawet on ma problemy, które spędzają mu sen z powiek. Nina Frank – piękna, sławna i na pozór szczęśliwa, ale tak naprawdę przygnieciona ciężarem życia kobieta, która nie wiedzieć kiedy popełniła zbyt wiele błędów i sama zdaje sobie sprawę z tego, że już nie może ich naprawić. Komisarz Kula – genialny w swej prostocie człowiek, którego osobiście wynoszę na piedestał, policjant z krwi i kości, prawdziwy stróż prawa, rozumiejący swój obowiązek i integrujący się ze społecznością. Są również bohaterzy nie tak pozytywni i złożeni – np. mąż Niny Frank, prezenter telewizyjny – ale również one mają jakąś głębię, motywy, motor napędowy.
Konstrukcja powieści bardzo przypadła mi do gustu. Historię poznajemy oczami Meyera, Kuli i samej Niny Frank. W między czasie pojawiają się również „rzuty okiem” postaci pobocznych i wynurzenia samego mordercy. Nie wiem, czy muszę tutaj wspominać o stylu pani Bondy. Ale chyba muszę – to w końcu niby recenzja. Styl, sposób prowadzenia historii, fakty, szczegóły, przedstawienie postaci – wszystko jest genialne. Wszem i wobec ogłaszam, że warsztat pani Bondy jest nie do podrobienia. Podziwiam ją także za pracę, którą włożyła w powieść. Pisząc książkę, pani Bonda oddaje jej całą siebie. Robi rekonesans, rozmawia z ludźmi, wczuwa się w historię. Nie pisze o rzeczach, o których nie ma pojęcia i to widać. Podczas pracy nad „Sprawą…” rozmawiała z prawdziwym polskim profilerem – Bogdan Lach – i poznawała jego pracę. W samych „podziękowaniach” możemy przeczytać, jak wielu ludzi przyczyniło się do powstania książki.
Ciężko znaleźć coś, co mi się nie podobało. Może to, kto zabił? Ale, żeby wyłożyć ten problem, musiałabym wyjawić zakończenie, a tego zrobić nie mogę. Odrobinę nie pasowało mi też nieco fantastyczny ostatni rozdział. Elementy „magiczne” i paranormalne w książce były ok., ale właśnie w ostatniej części cały racjonalizm książki rozpadł się na kawałeczki. Wciąż się zastanawiam, co autor miał na myśli i mimo, że poniekąd rozumiem, co pani Bonda chciała przez to przekazać, to niestety nie potrafię oprzeć się wrażeniu, że coś nie gra.
Z czystym sumieniem polecam „Sprawę Niny Frank” tym, którzy nie mieli z kryminałami do czynienia – zakładam, że ci, którzy mieli, dawno mają lekturę za sobą. To wciągająca i pełna akcji powieść, przez którą nie będziecie mogli zmrużyć oka – ani się obejrzałam, a godzinę po północy wciąż ślęczałam nad książką. Czytelników nie zawiedzie ani historia, ani warsztat, bo co, jak co, ale pani Bonda z pewnością potrafi pisać – i to tak, że kapcie spadają. Polecam!

Ocena: 8/10
Tytuł: Sprawa Niny Frank
Autor: Katarzyna Bonda
Wydawnictwo: Muza
Data wydania: 30 września 2015
ISBN: 9788377589632
Liczba stron: 416

Kategoria: thriller, sensacja, kryminał


poniedziałek, 8 lutego 2016

Malowany człowiek: Księga I - Peter V. Brett


Zaszczuta i zdziesiątkowana ludzkość przeklina noc. Z każdym zmierzchem, w oparach mgły, nadchodzą opętane żądzą mordu bestie. Przerażeni ludzie chronią się za magicznymi runami. Usiłują wymodlić dla siebie i najbliższych kolejny dzień życia. Rzeź ustaje bladym świtem, gdy światło zapędza demony z powrotem w Otchłań.
Rosną odległości między pustoszejącymi osadami. Wydaje się, że nikt ani nic nie zdoła powstrzymać otchłańców, kładąc tym samym kres zagładzie. W tym dogorywającym świecie dorasta troje młodych ludzi. Bohaterski Arlen, przekonany, że większym od nocnego zła przekleństwem jest strach przepełniający ludzkie serca. Leesha - jej życie zrujnowało jedno proste kłamstwo - nowicjuszka u starej zielarki, bardziej chyba przerażającej od krwiożerczych potworów. I Rojer, którego los na zawsze odmienił wędrowny minstrel, wygrywając mu na skrzypkach skoczną melodię.
Tych troje ma coś wspólnego - są uparci i przeczuwają, że prawda o świecie nie kończy się na tym, co im powiedziano. Czy odważą się jej poszukać, opuszczając chroniony runami azyl?

Wstyd przyznać, że dopiero teraz zdołałam się przełamać i sięgnąć po „Malowanego człowieka”. Ta książka zezowała na mnie z półki od tak dawna, że zdążyła się zakurzyć, ale nie wiedzieć dlaczego, omijałam ją szerokim łukiem. Nie jest to wina okładki – na pewno nie – ani autora, ani opisu. Ponadto miała mnóstwo pochlebnych opinii i grzechem byłoby pominąć  fakt, że wpisała się w kanon fantastyki, a dodatkowo poleca się ją jako pozycję obowiązkową – jak zresztą cały Cykl Demoniczny. W takim razie, dlaczego? Stwórca jeden wie… W każdym razie przeklęłam się już po stokroć, bo ta lektura wciągnęła mnie niczym ruchome piaski.

Ludzie żyją w strachu. Bezpieczni za dnia, nocą skrywają się w domach chronionych runami, a Otchłańce – paskudne demony ognia, skalne, czy drzewne, a to i tak tylko kilka najpowszechniejszych gatunków – wynurzają się z podziemi, by rozpocząć krwawe polowanie. Ludzkość nie walczy, nie przeciwstawia się, biernie szuka schronienia, a wiedza o tym jak walczyć zaginęła. Zwyczajni ludzie nawet nie myślą o podróżach. W końcu nocą na szlaku przetrwanie graniczy z cudem. A mimo to, słaby kontakt między wsiami i Wolnymi Miastami wciąż istnieje. Wszystko dzięki Posłańcom, podróżującym od osady do osady, handlującym z mieszkańcami, przekazującym listy i dostarczającym im choćby soli – bez której przechowywanie mięsa jest niemal niemożliwe. Posłańcy są jedynymi ludźmi, którzy ośmielają się stawiać czoła nocy, choć nawet oni nie kwapią się do walki. Na szlaku kryją się w przenośnym runicznym kręgu, spoglądając w oczy bezradnym demonom.  
Otoczeni tym wszystkim, dorastają główni bohaterowie powieści: Arlen, Leesha i Rojer. W pierwszej części „Malowanego człowieka” autor poświęca najwięcej uwagi Arlenowi, chłopcu, który wychowuje się na wsi – podobnie zresztą jak pozostała dwójka bohaterów – i znacznie odbiega od innych tokiem myślenia. Młody Arlen pragnie bowiem walki, przeciwstawienia się Otchłańcom, a tragiczne wypadki, których na nieszczęście staje się nie tylko świadkiem, ale i ich częścią, coraz bardziej kształtują tego młodego człowieka. Leesha z kolei w efekcie zbiegu różnych wydarzeń, staje się uczennicą Zielarki, zaczyna czuć pociąg do wiedzy i pragnie rozwiązywać tajemnice świata. Rojer, zaledwie trzyletni chłopiec, w pierwszej części powieści jest przedstawiony pobieżnie, ginie w natłoku zdarzeń z życia innych bohaterów, ale jest nie mniej ważny.
W pierwszym tomie przyglądamy się dorastaniu trójki bohaterów, zmianom, które w nich zachodzą w efekcie tego, co ich spotkało. Widzimy, jak wstępują na ścieżki, z których nie ma odwrotu, jak ich przekonania się kształtują, jak dążą do celu, jaśniejącego na końcu drogi. Jest to jednak cel bardzo odległy, a droga usiana niebezpieczeństwami i zwrotami akcji.

Choć na początku poznajemy dzieci, treść zbudowana jest w ten sposób, że na końcu powieści mamy przed sobą dorosłych, młodych ludzi. Podczas wędrówki bohaterów odwiedzamy wiele zakątków świata Bretta, między innymi Wolne Miasta, napotykamy wiele postaci pobocznych, które mają większy lub mniejszy wpływ na życie Arlena, Rojera i Leeshy, ale każda z nich jest inna i niepowtarzalna. Doskonale stworzone postaci wydają się żywe, nie są papierowe i płaskie, ale pozwalają się kochać i nienawidzić.

Prosty język i lekkie pióro autora można uznać jedynie za plus. Wartkość akcji, doskonałe wyjaśnienie zasad, rządzących stworzonym światem, instynktów kierujących zastraszonymi ludźmi, zbudowanie klimatu, który to wszystko oddaje – niewątpliwie kolejne plusy. I choć pomysł, ogólna koncepcja demonów pojawiających się nocą i atakujących ludzi, nie jest szczególnie nowatorska, to wszystko wydaje się świeże i nowe, bo umiejętnie przeprowadzone i okraszone powiewem świeżości. Irytuje czasem rozwlekanie mało istotnych wydarzeń, czy dialogów, ale są to drobne mankamenty, które w żaden sposób nie umniejszają świetnych momentów.

Czyli co? A no podobało mi się i bez zająknięcia się, polecam każdemu miłośnikowi fantastyki, jak i tym, którzy pragnęliby się nawrócić na ten zacny gatunek.

Pozdrawiam,

SMG.

Ocena: 9/10
Tytuł: Malowany człowiek: Księga I
Autor: Peter V. Brett
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Data wydania: grudzień 2008
ISBN: 9788375740578
Liczba stron: 504

Kategoria: fantastyka, fantasy

sobota, 30 stycznia 2016

Lare i-t’ae - Eleonora Ratkiewicz - Recenzja


Osiem królestw zapomniało już, czym jest wojna. Dawni odwieczni wrogowie, mieszkańcy stepów, dziś spokojnie wypasają bydło i z rozrzewnieniem wspominają minione dni. Jednak kiedy nastaje straszliwa susza, w oczy ponownie zagląda widmo zagłady.
 Nadchodzi czas głodu i wojny, krwi i pustynnego wiatru.
 Tylko jedna osoba jest w stanie pogodzić zwaśnionych władców. Lermett, król Najlisu, utalentowany  dyplomata i polityk. Oczywiście, z drobną pomocą przyjaciół: kilku niesfornych elfów, młodocianego maga i przemądrzałego krasnoluda.

Oto druga część cyklu Eleonory Ratkiewicz: „Lare-i-t’ae”. Lermett i Arien powracają, lecz tym razem role się odwracają. Teraz to elf, wraz z całą zgrają swoich pobratymców, wybiera się z poselstwem do zaprzyjaźnionego króla. Już na początku powieści możemy wysnuć wniosek, że ostrouchy coś kombinuje. Rzecz jasna w dobrym kierunku. Wciąż nie może zaakceptować myśli, że Lermett, jego przyjaciel, bratnia dusza, umrze, a on na wieki zostanie sam. Jaki ma plan? Tu trzeba przyznać, że autorka wybrała całkiem ciekawe rozwiązanie, ale o tym przekonacie się sami. W każdym razie Anari będzie musiał skupić się na czymś znacznie bardziej groźnym, niż śmiertelność przyjaciela. Otóż Lermett – jako niezwykle utalentowany, mądry i błyskotliwy młody król, co zresztą powtarzają wszystkie postaci tej opowieści aż do znudzenia – odkrywa ogromne zagrożenie dla wszystkich ośmiu królestw, również – a nawet przede wszystkim – dla stepu. Zmienia się natura świata, a te niepokojące zmiany prowadzą do jednego – suszy, która zapanuje nad stepem, zmieniając go w pustynię. To z kolei rodzi zagrożenie dla ośmiu królestw. Wszak lud zamieszkujący step będzie cierpieć głód, ich kraina pokryje się złotym, śmiercionośnym piaskiem, więc gdzie będą szukać ratunku? Za rzeką, oddzielającą ich od sąsiadów. Normalna sprawa. Nasze ziemie umierają, więc przywłaszczymy sobie cudze. Żeby znaleźć nowy dom, napełnić brzuchy, ratować się. Tak więc nadchodzi wojna. Nie, nie teraz. Nie jutro. Za osiemdziesiąt, może pięćdziesiąt lat, ale nadejdzie. Ale Lermett to wszystko przewidział i znalazł rozwiązanie. Tylko on może przekonać królów, co do jego słuszności. Ognie sygnałowe płoną, zwołując władców na Wielką Radę, która zadecyduje o losach świata.

I tutaj sprawa się komplikuje. Nie tylko dla samego biednego Lermetta, który musi przekonać władyków, nie tylko fabularnie, ale komplikuje się dla nas, czytelników. Bo oto musimy poznać ośmiu przedstawicieli królestw, zrozumieć ich tok myślenia, ich problemy i cele. Autorka każdemu z nich poświęca fragment opowieści – niewielki, ale jednak – w którym otrzymujemy wszelkie potrzebne informacje. Można się pogubić, czytając o każdym po kolei i w dodatku próbując zapamiętać, kto jest kim i przede wszystkim, co sobą reprezentuje.
Mamy króla Sejgdena, władcę Sulanu, a nawet głównego sojusznika Lermetta. To on pomógł mu przekonać innych królów, kiedy młodzieniec walczył o pokój ze stepem. Niedościgniony mistrz miecza, potężny mężczyzna – król wręcz doskonały. Gdy tylko dowiaduje się o płonących ogniskach sygnałowych, domyśla się, dlaczego Lermett zwołuje radę. Przez resztę opowieści jest jako takim wsparciem dla władcy Najlisu.
Ettrejg, książę krwi ettarmskiego domu królewskiego, przyszły król, jest chyba najciekawszą postacią ze wszystkich. Wilkołak, pod postacią białego wilka przemierzający świat… Naprawdę mam ochotę przeczytać coś tylko o nim, ale zrzucam to na karb mojego zamiłowania do wilków.
Książę Orviet – syn króla Agnika, pana Afralii, zostaje wysłany na zebranie Wielkiej Rady tylko dlatego, że jego ojciec unosi się honorem, nie chcąc dygać przed smarkaczem. Orviet nie jest ani szczególnie błyskotliwy, ani mądry. Nie zna się na polityce, dyplomacji ani szermierce, za to uwielbia bale i wystawne przyjęcia i wszyscy go kochają. Nie chce wyjeżdżać, jednak nie sprzeciwi się ojcu, a suma summarum – o czym się przekonacie – wyjdzie mu to na dobre i okaże się ważnym elementem w tej poplątanej układance.
 Arnet i Jego Wysokość Akkarf pochodzą z kraju zupełnie oddanego religii. Ona jest Najwyższą Kapłanką Świątyni Ziemi, ale znalazła się tam z tajonej miłości do swojego władcy. Pchnięta przepowiednią udaje się na Wielką Radę razem z nim.
Król Irgiter, władca Riem, nie jest kochany przez swoich poddanych, a i inni królowie nie pałają do niego sympatią. Kłótliwy, niezbyt inteligentny, po prostu głupi, staje wszystkim ością w gardle.
I Szerrin, młoda księżniczka, która aby uchronić swój kraj przed zagarnięciem przez Irgitera i ratować brata przed śmiercią, decyduje się sama udać do Najlisu. Celowo się oszpecając, planuje zrazić króla Reim do siebie tak bardzo, by ten zrezygnował z pomysłu małżeństwa. Szerrin jest dość istotną postacią, a jej gotowość do drastycznych rozwiązań sprawiła, że nie dało się jej nie lubić.
Wreszcie Ewell, pogromca piratów, król rozsądny i szanowany nie tylko przez swój lud. On również rozumie powagę sytuacji i – jak wszyscy – podziwia młodego Lermetta.
Przybywa też wielki argin Annechara, dla którego król Najlisu jest prawie wychowankiem, przyjacielem i jednym ze swoich. Trochę odbiega od wizji stepowego barbarzyńcy, ale w tej książce nie ma w tym nic dziwnego, bo czasem niestety wszyscy są potulni jak baranki…

Pertraktacje, rokowania, dyskusje, zebrania, polityka i spisek. Spisek co prawda nieudolny, postaci z marszu podzielone na te dobre i złe, jak czarne na białym, ale napięcie jest. Dokładnie tak, jak w przypadku poprzedniej pozycji tej serii, są momenty zabawne i wzruszające, a jeden nawet mocniej ściska serducho. Pojawia się też wreszcie wątek miłosny, choć w żadnym razie nie stanowi jakiejś większej części tekstu, ale jest – a raczej są, bo wątków jest więcej – bardzo ważny.

Podsumowując ten mój trochę przydługi bełkot… „Lare-i-t’ae” jest pozycją, którą czyta się z przyjemnością. Zawiłości tak naprawdę na krótko są zawiłe, a sama fabuła niestety przewidywalna i w zasadzie wszystkiego można się domyślić, zwłaszcza, że autorka w sumie niczego nie zatajała… Ot wiadomo, trzeba powstrzymać kataklizm, ot wiadomo, trzeba tego a tego tolerować chociaż widać, że młot i tłuk, ale przekonać go mus… Jedynie drobnostki potrafią zaskoczyć, ale są to drobnostki naprawdę ciekawe. Monologów wewnętrznych oczywiście mnóstwo, a teraz w dodatku nie tylko Lermetta i Ariena, bo i bohaterów więcej, ale znów autorka nie przedobrzyła i wszystko było cacy. Polecać polecam, pewnie, że tak, a nawet byłabym zadowolona, gdyby kiedyś ukazała się trzecia część przygód tej dwójki. Chętnie bym po nią sięgnęła, bo podziwiam panią Ratkiewicz za umiejętność „włażenia do głowy”. Tak przedstawić czyjeś myśli, żeby to jeszcze miało sens… Eh. Można tylko o tym marzyć J.

Ocena: 8/10
Tytuł: Lare-i-t’ae
Autor: Eleonora Ratkiewicz
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Data wydania: maj 2012
ISBN: 9788375745924
Liczba stron:360
Kategoria: fantastyka, fantasy


Pozdrawiam,


SMG.

czwartek, 28 stycznia 2016

"Tae Ekkejr!" Eleonora Ratkiewicz - Recenzja



Nigdy nie był niedźwiedziem - szerokim w barach, potężnie zbudowanym wojownikiem, jak jego ojciec. Z dzieciaka wyrósł dziki kot. Lampart - chudy, muskularny, gibki i zuchwały. Tylko włóczęgą pozostał jak dawniej. Nic nie poradzisz na to, że książę Lermett najlepiej czuje
się nie w zamkowej bibliotece, sali tronowej, nawet nie na placu szermierczym, a w drodze.

I właśnie w drodze się poznali. Enneari szedł tak, jak oddychał: lekko, miarowo, prężnie. Niewiele rzeczy jest przeszkodą dla elfa. Ale zabić go można.

Tae Keruin - Umieram! Tae Ekkejr - Nie umrzesz!

Teraz elf ma dług do spłacenia. I to go martwi. Nawet nie podejrzewa, że los już szykuje okazję do rozrachunku. Niejedną. I niejedną do zaciągnięcia nowych zobowiązań.

Bo śmierć już idzie ich tropem. I nic już nie będzie jak dawniej.


Książki są różne. Obszerne i cienkie, z morałem i bez, humorystyczne i całkiem poważne, z piękną okładką i prostą okładką, wciągające i nudne. Ludzie też są różni, choć ludzie to być może złe słowo. Wszystkie istoty zamieszkujące świat realny, jak i ten fantastyczny, są zupełnie inne. Jest tak wiele różnych, zupełnie niepodobnych do siebie kultur, które ścierają się w życiu codziennym w ten, czy inny sposób. I mimo tej inności powstają przyjaźnie. Krótkie i intensywne, lub wieczne i prawdziwe. Bo o tym jest „Tae Ekkejr!”. O przyjaźni ponad podziałami.

Eleonora Ratkiewicz stworzyła coś, co zapada w pamięć nie dzięki wartkiej akcji, podnoszących adrenalinę przygodach i krwi sikającej z tętnic wrogów. „Tae Ekkejr!” zapamiętam przez wzgląd na to, jak bardzo prawdziwe jest jego przesłanie w stosunku do nas samych. Bo jednego tej książce odmówić nie można – przesłania.

Lermett w głębi – a może nawet wcale nie tak głęboko – serca jest włóczęgą. Włóczęgą niezwykłym, bo takim, na którego czeka tron i korona. Nazywany przez ojca w dzieciństwie niedźwiadkiem-przepadkiem, wyrósł zupełnie do niedźwiedzia niepodobny. Szczupły, zwinny i muskularny, ale nijak do ojca niepodobny. Aż się ciśnie na usta określenie – koci. Lermett wyrusza w drogę w roli posła z ważnym, choć początkowo nie określonym dla nas, czytelników, zamiarem, a idzie gdzie? Rzecz jasna do elfów.
Enneari, jak wszystkie elfy, doskonale orientuje się w niebezpieczeństwach czyhających na szlaku, a mimo to w górach nieoczekiwanie znajduje się w niebezpieczeństwie. Bliski śmierci nie może liczyć na ratunek, a jednak na jego drodze staje człowiek.
Tak łączą się ich losy, elfa i człowieka. Enneari ma dług, który musi spłacić, choć Lermett o żadnej spłacie słyszeć nie chce. Mimo to dalej podróżują już razem, zupełnie nieświadomi tego, co na nich czeka. A coś z pewnością czeka – magia i spisek. Okazuje się również, że ich cele wcale nie muszą być różne.

Jeśli mam być zupełnie szczera, pierwsze kilkanaście stron nudziło mnie jak diabli. Książka ma to do siebie, że pełna jest wewnętrznych monologów i rozważań bohaterów. Nieszczególnie to do mnie przemawia, ale kiedy już się przyzwyczaiłam, polubiłam Lermetta i Enneariego, znacznie łatwiej przychodziło mi przebijać się przez ich mentalne wywody. Muszę też przyznać, że w inny sposób trudno byłoby podkreślić różnice między nimi, między ich sposobem myślenia i zasadami, jakimi się kierowali. Dwójka bohaterów non stop borykała się z jednym problemem – zrozumieniem tego drugiego. Jak nie obrazić towarzysza, skoro nie ma się pojęcia o jego kulturze? Jak przypadkiem nie palnąć głupstwa, zupełnie nie zdając sobie z tego sprawy? Wydawałoby się to proste, a jednak stanowi poważne wyzwanie. Jest przecież tyle zawiłych zwyczajów, tyle słów, które mają wiele znaczeń i mogą być opatrznie zrozumiane. Zwyczaje i tradycje jednego ludu są inne, niż te znane nam. Zabawnie było śledzić ich próby zrozumienia siebie nawzajem. Jednak najpiękniejsze było to, że mimo wszystkich różnic ta dwójka stała się sobie bliska. Autorka pokazała, że przyjaźń nie kieruje się sztywnymi zasadami, nie przejmuje się kolorem skóry, kształtem uszu, wyglądem i rasą. Ona po prostu jest, kiedy dwie pokrewne dusze spotkają się na życiowym szlaku.

Eleonora Ratkiewicz odświeżyła utarty schemat świata fantasy, ukazując inne oblicze elfów, a nawet krasnoludów – naprawdę nie ma tam ani jednego, urżniętego spirytusem krasnoluda, przeklinającego co drugie słowo! Typowy motyw bohaterów w podróży, szukających drogi, na końcu której majaczy obrany na początku podróży cel, momentami bywał nużący, ale nie zawsze wszystko musi być przesiąknięte wartką akcją. Czasem takie chwile spokoju dają czytelnikowi odpocząć, pozwalają przygotować się na wielki, czytelniczy wstrząs.  Tutaj może i ten wstrząs nie był tak ogromny, jak należało się spodziewać, ale bardzo przyjemny.

„Tae Ekkejr” to dobre fantasy. Nie znajdziecie tu jednak mordobicia co dwie strony, wulgaryzmów, co dwa słowa i walki na śmierć i życie, co dwa rozdziały. Walka owszem jest, nawet o życie, ale nie w przerażającym nadmiarze, za co autorce serdecznie dziękuję, bo przesada bywa zgubna. Akcja jest jakby tłem dla budzącego się powoli zaufania między bohaterami, dla pięknej przyjaźni, której szuka każdy z nas. Bywa zabawnie i wzruszająco, a do tego jeszcze ciekawie. Czegóż chcieć więcej? Trafiłam na powieść, o której będę pamiętać. Na coś, co sprawia, że zastanawiam się nad sobą, nad światem i właśnie nad tym kruchym czymś, co zwą przyjaźnią.

Tak. Przyjaźń jest głównym tematem tej książki i z pewnością jest to wdzięczny temat. Polecam serdecznie.

Ocena: 8/10
Tytuł: Tae Ekkejr!
Autor: Eleonora Ratkiewicz
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Data wydania: 22.06.2011
ISBN: 9788375745887
Liczba stron:360
Kategoria: fantastyka, fantasy

Pozdrawiam,



SMG.

środa, 27 stycznia 2016

Jesienne Ognie - Waleria Komarowa - Recenzja


Jestem Księżniczką. Zabiję, jeśli trzeba zabić. Ułaskawię, jeśli przekonasz, że warto.
Jestem obca. Zrodzona z ognia i opadających liści. W moich żyłach płynie złota krew. Moje ciało spowite płomieniem. Unicestwiam, spalam, morduję. Mam swoje powody. Tak zdecydowałam. Dobrze wiedząc w co się pakuję.
Usiądź. Opowiem Ci historię Jesiennych Ogni. O nienawiści szaleńczej i namiętnej, o rzezi, co pogrzebała niewinnych i o dziewczynie, której ręce umazane ojcowską krwią.
Rzuć wyzwanie wszystkim prawom. Posłuchaj historii, w której zdarzyć się może wszystko – zabójca zostać ofiarą, a ofiara katem. Historii, w której nawet Tkaczka nie wie, jakie nici splotą się w jej kunsztownej tkaninie.



„Jesienne ognie”, Walerii Komarowej momentalnie wpasowały się w mój czytelniczy gust, nie mówiąc już o okładce, która jest genialna – przynajmniej dla mnie. Przyciągnęła mnie niczym światło ćmę i nie mogłam się od niej oderwać, póki nie dotarłam do ostatniej strony.

Rey-line wychowała się wśród ludzi, choć w żadnym razie człowiekiem nie jest, czego przez większość życia nie była świadoma – straciła pamięć. Należy do feyrów, istot dysponujących ogromną mocą, różniących się od ludzi nie tylko krwią – jest złota – wyglądem, siłą, ale i sposobem myślenia, właściwym tak potężnym i długowiecznym istotom. Są obrońcami ludzkości, a jednocześnie gardzą nimi. Rey-line jest niezwykła nawet wśród swojego ludu. Jest księżniczką Jesieni, feyrem wyższym, władczynią płomienia. Zrodzona z ognia i opadających liści, zdolna do wszystkiego.
Już na samym początku opowieści wpadamy w wir wydarzeń. Tropem Rey-line podąża Kessar Wiatr, mag, który pragnie zemsty i jej śmierci. Szybko jednak okazuje się, że tą dwójkę łączy wspólna przeszłość. Nienawiść, miłość, namiętność i chęć zemsty miotają nimi w tę i z powrotem i do końca nie jesteśmy pewni, jak potoczą się ich wspólne losy.  
Od kilku lat trwa wojna między feyrami, a ludźmi. Świat pustoszą oszalałe i bezrozumne feyry niższe i tak naprawdę nikt nie ma pojęcia, dlaczego. Księżniczka feyrów wraz z Pożogarem – feyrem niższym, udaje się w podróż, która ma przynieść odpowiedzi. W miarę upływu czasu Rey-line wraca pamięć o minionych wydarzeniach, w których – jak się okazuje – odegrała kluczową rolę. Razem z kilkoma towarzyszami przemierzają Ruś, by zakończyć wojnę.

Dawno nie miałam do czynienia z tak dobrym pomysłem na książkę, w dodatku świetnie wykorzystanym, bo czasem bywa tak, że pomysł genialny, ale gdzieś w trakcie pisania autor zatracił „to coś”. Tutaj wszystko było w jak najlepszym porządku. Pyskata i pewna siebie Rey-line, magowie, kotołaki, jednorożce, elfy, walka, krew i ogień. Często się uśmiechałam, ale autorka nie przesadziła z humorem. Momentami zabawnie, a potem nagle śmiertelnie poważnie, wręcz epicko. Idealnie zachowana równowaga, która nie czyni z tej książki „tylko komedyjki”. To coś więcej, piękna i wciągająca historia, pełna akcji, śmiechu i wzruszeń. Raz czy dwa naprawdę miałam łzy w oczach. Dialogi były płynne, narracja również niezła – jakżeby inaczej, skoro nasza Rey taka ciekawa J. Była jednak jedna rzecz, a właściwie osoba, która w niektórych sytuacjach strasznie mnie irytowała, ale całkiem możliwe, że tak miało być. Niezdecydowanie Kessara chwilami doprowadzało mnie do szału, miałam ochotę wytargać go za te piękne włoski i wrzucić do ogniska… Naprawdę. Takich facetów automatycznie pragnę uśmiercić… W każdym razie wreszcie – baaardzo późno – go polubiłam, ale nawet znając zakończenie i wszystkie rozwiązania wyobrażam go sobie jako małego, wiecznie naburmuszonego chłopca – choć z pewnością całkiem ładnego chłopca… J.

Podsumowując: polecam tę pozycję wszystkim tym, którzy szukają w książkach magii, nieschematycznej fabuły i nowych rozwiązań. Wszystkim, którzy niekoniecznie lubią przesłodzone opowiastki, ale te prawdziwe, z powerem, wyciskające łzy i rozjaśniające twarz uśmiechem. Eee tam… W ogóle wszystkim polecam, co tu dużo gadać. Zachęcam, zachęcam – tyle powinno wystarczyć.

Ocena: 10/10
Tytuł: Jesienne ognie
Autor: Waleria Komarowa
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Data wydania: 06.02.2009
ISBN: 9788375740974
Liczba stron: 528
Kategoria: fantastyka, fantasy

Pozdrawiam,


SMG

wtorek, 26 stycznia 2016

Kira Izmajłowa - Mag niezależny Flossia Naren cz.1 - Recenzja

           
            Zacznijmy może od tego, że najpierw – zawsze coś jest najpierw, nie ma się co oszukiwać – był opis. Opis zaś za każdym razem daje jako taki obraz tego, co możemy znaleźć między szeleszczącymi stronicami książki. W tym przypadku opis jest taki:
"Nie daj się zwieść…
Początkowo może wydawać się zimną, arogancką, cyniczną, złośliwą zołzą której wrażliwość bez większego problemu zmieściłaby się w łyżeczce do herbaty.
Zołzą, która z uśmiechem na ustach splunie Ci w twarz i bez mrugnięcia okiem pośle Cię na śmierć…
Nie daj się zwieść...
Gdy przyjrzysz się dokładniej okaże się… jeszcze gorsza.
Królowa lodu to przy niej pikuś, "cynizm" to jej drugie imię, a gdyby niechcący ugryzła się w język to istnieje spore prawdopodobieństwo że zatruje się własnym jadem.
Jej wrażliwość spokojnie zmieści się na główce od szpilki. Twoje życie? Cóż, poza nielicznymi chwilami słabości absolutnie jej zwisa…
Nie daj się zwieść...
Zakochasz się w niej od pierwszej strony!
Ola Szwed, aktorka"

Tak więc czytam ten opis, uśmiecham się do siebie – no bo jakże inaczej, kiedy tak ciekawa postać się z niego wyłania – a tu masz, książkę poleca mi Ola Szwed. Nieszczególnie przeszkadza mi posługiwanie się opinią ludzi o znanych nazwiskach, więc wzruszywszy ramionami, zabrałam się za czytadło.
„Mag niezależny Flossia Naren cz. 1”, Kiry Izmajłowej, to nic innego, jak fantasy świetnie połączone z kryminałem, wydane przez Fabrykę Słów. Główną bohaterką jest rzeczona Flossia Naren, mag niezależny justycjariusz na służbie króla Arneliusza, władcy urokliwego i jakże ciekawego Arastenu.
Jeśli komukolwiek wydaje się, że jej magiczny żywot jest usłany różami, to grubo się myli. Flossia jest nietypowym magiem do wynajęcia. Nietypowym, ponieważ magów niezależnych wcale nie jest wielu – są rzadkością i nie każdy może sobie pozwolić na wynajem kogoś, pochodzącego z tak elitarnej grupy. Jej usługi nie są tanie, pracuje więc głównie dla arystokracji i nieco majętniejszych ludzi niższego stanu, jak i dla króla Arneliusza, który korzysta z jej umiejętności i zleca jej zadania wymagające nie tylko siły, potężnej magii, ale i sprytu i analitycznego umysłu, którym Flossia może się poszczycić. Panna Naren jest kobietą w kwiecie swego magicznego wieku – jak powszechnie wiadomo, magowie nie starzeją się tak szybko, jak zwykli, szarzy obywatele – a o swoim wyglądzie sama mówi tak:
            "Ubieram się cokolwiek niezwykle dla tych okolic, ale ma to swoje zalety - ludzie
patrzą na moje ubranie i drobiazgi, takie jak chociażby fajka, na niezbyt ładną twarz i zbyt
wysoki jak na kobietę wzrost, a ja w tym czasie mogę popatrzeć sobie na nich. Cóż począć,
zawód maga-justycjariusza - a warto dodać, że jestem justycjariuszem dziedzicznym - skłania
ku temu, żeby podtrzymywać pewien obraz własnej osoby. Jako jasnowłosej i uśmiechniętej pannie z dołeczkami w policzkach znacznie trudniej byłoby mi robić karierę."
            Warto nadmienić, że panna Naren rzeczywiście wykazuje niezdrowy pociąg do puszczania dymków – nawet w towarzystwie, ale któż ośmieliłby się zwrócić uwagę magowi niezależnemu? Fajka to jej nieodłączny towarzysz, który bardzo dobrze wpływa na proces myślowy.
            W każdym razie Flossia z pewnością nie jest tym dziwnym, obleganym ostatnio przez autorów, typem słabej i bezbronnej bohaterki, rzucającej się na szyję pierwszemu napakowanemu mężczyźnie, jaki stanie na jej drodze. Powiem szczerze, że uwielbiam, kiedy w książce pojawia się wątek romantyczny – jestem tylko kobietą, nie bijcie! – ale tutaj jego brak zupełnie mi nie przeszkadzał. Tą maleńką niedoskonałość w zupełności rekompensował mi cięty język Flossii, jej zdecydowanie, podejście do życia i ludzi, pomysłowość i to coś, co trudno nazwać, a co w bohaterach uwielbiam.
            Świat wykreowany przez autorkę naprawdę potrafi wciągnąć w swoją historię i zawiłości. Postaci są barwne, a każda z nich jest zupełnie inna. Prócz panny Naren poznajemy między innymi rozsądnego, charyzmatycznego króla Aureliusza; dziadka, jej Mistrza, po którym nasza Flo odziedziczyła cięty języczek i którego największym pragnieniem – jak to bywa w rodzinie – jest wnuk, przedłużający dynastię; młodego porucznika, młodzika jeszcze, którego obecność w każdej kolejnej historii coraz bardziej wpływa na fabułę. Do tego ostatniego panna Naren czuje zarówno głęboką niechęć, jak i słabość – broń Boże romantyczną, wszak chłopak gołowąs jeszcze J. Szczerze mówiąc porucznik skradł moje serce i nie potrafię sobie wyobrazić tej powieści bez niego. Młody, naiwny, honorowy – początkowo zdaje się nawet niezbyt inteligentny – i w żaden sposób nie przypominający postawnego rycerza, jest dosłownie jak miód na moje serce.
            W zasadzie książka składa się z kilku historii, chronologicznie poukładanych w czasie, mających ze sobą więcej wspólnego, niż początkowo się wydaje. Opisy zbrodni, zagadek, wnioski Flossii i okoliczności zdarzeń są świetnie opisane i prowadzą czytelnika w tak umiejętny sposób, że razem z bohaterką zagłębia się w dochodzenie, a potem zaciera ręce, czekając na honorarium. Rzecz jasna w trakcie każdej z tych historii, jak w „Szansie na sukces”, ciągniemy za sznureczek, na którego końcu jak byk stoi: GŁÓWNA INTRYGA. Kto próbuje zagrozić Flossii i dlaczego? Kto pragnie wywołać wojnę? Jakie będzie rozwiązanie tej zagadki? Żeby poznać odpowiedź na te i wiele innych pytań, trzeba zagłębić się w lekturze, a szczerze powiem, że warto.
            „Mag niezależny(…)” pochłonął mnie bez reszty i za nic nie chciał wypuścić ze swojego świata. Natychmiast po skończeniu lektury rzuciłam się na tom drugi i łapczywie pochłaniałam dalsze wskazówki, a wreszcie rozwiązanie rezonującej w moim mózgu zagadki. To świetna historia, okraszona humorem i niezwykłym klimatem, z silną, pyskatą bohaterką. Smoki, dziewice, duchy, upiory, intrygi, magiczne miejsca i nietuzinkowe podejście do życia panny Naren są czymś, do czego z pewnością będę wracać i to nie raz. Dialogi zabawne i prawdziwe, narracja prowadzona prostym, lekkim – choć wcale nie ubogim! – językiem. Całość – świetna. Z czystym sercem – polecam.

Ocena: 8/10
Tytuł: Mag niezależny Flossia Naren cz. 1
Autor: Kira Izmajłowa
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Data wydania: 15 kwietnia 2011
ISBN: 9788375743067
Liczba stron: 400
Kategoria: fantastyka, fantasy

Pozdrawiam,
SMG