sobota, 30 stycznia 2016

Lare i-t’ae - Eleonora Ratkiewicz - Recenzja


Osiem królestw zapomniało już, czym jest wojna. Dawni odwieczni wrogowie, mieszkańcy stepów, dziś spokojnie wypasają bydło i z rozrzewnieniem wspominają minione dni. Jednak kiedy nastaje straszliwa susza, w oczy ponownie zagląda widmo zagłady.
 Nadchodzi czas głodu i wojny, krwi i pustynnego wiatru.
 Tylko jedna osoba jest w stanie pogodzić zwaśnionych władców. Lermett, król Najlisu, utalentowany  dyplomata i polityk. Oczywiście, z drobną pomocą przyjaciół: kilku niesfornych elfów, młodocianego maga i przemądrzałego krasnoluda.

Oto druga część cyklu Eleonory Ratkiewicz: „Lare-i-t’ae”. Lermett i Arien powracają, lecz tym razem role się odwracają. Teraz to elf, wraz z całą zgrają swoich pobratymców, wybiera się z poselstwem do zaprzyjaźnionego króla. Już na początku powieści możemy wysnuć wniosek, że ostrouchy coś kombinuje. Rzecz jasna w dobrym kierunku. Wciąż nie może zaakceptować myśli, że Lermett, jego przyjaciel, bratnia dusza, umrze, a on na wieki zostanie sam. Jaki ma plan? Tu trzeba przyznać, że autorka wybrała całkiem ciekawe rozwiązanie, ale o tym przekonacie się sami. W każdym razie Anari będzie musiał skupić się na czymś znacznie bardziej groźnym, niż śmiertelność przyjaciela. Otóż Lermett – jako niezwykle utalentowany, mądry i błyskotliwy młody król, co zresztą powtarzają wszystkie postaci tej opowieści aż do znudzenia – odkrywa ogromne zagrożenie dla wszystkich ośmiu królestw, również – a nawet przede wszystkim – dla stepu. Zmienia się natura świata, a te niepokojące zmiany prowadzą do jednego – suszy, która zapanuje nad stepem, zmieniając go w pustynię. To z kolei rodzi zagrożenie dla ośmiu królestw. Wszak lud zamieszkujący step będzie cierpieć głód, ich kraina pokryje się złotym, śmiercionośnym piaskiem, więc gdzie będą szukać ratunku? Za rzeką, oddzielającą ich od sąsiadów. Normalna sprawa. Nasze ziemie umierają, więc przywłaszczymy sobie cudze. Żeby znaleźć nowy dom, napełnić brzuchy, ratować się. Tak więc nadchodzi wojna. Nie, nie teraz. Nie jutro. Za osiemdziesiąt, może pięćdziesiąt lat, ale nadejdzie. Ale Lermett to wszystko przewidział i znalazł rozwiązanie. Tylko on może przekonać królów, co do jego słuszności. Ognie sygnałowe płoną, zwołując władców na Wielką Radę, która zadecyduje o losach świata.

I tutaj sprawa się komplikuje. Nie tylko dla samego biednego Lermetta, który musi przekonać władyków, nie tylko fabularnie, ale komplikuje się dla nas, czytelników. Bo oto musimy poznać ośmiu przedstawicieli królestw, zrozumieć ich tok myślenia, ich problemy i cele. Autorka każdemu z nich poświęca fragment opowieści – niewielki, ale jednak – w którym otrzymujemy wszelkie potrzebne informacje. Można się pogubić, czytając o każdym po kolei i w dodatku próbując zapamiętać, kto jest kim i przede wszystkim, co sobą reprezentuje.
Mamy króla Sejgdena, władcę Sulanu, a nawet głównego sojusznika Lermetta. To on pomógł mu przekonać innych królów, kiedy młodzieniec walczył o pokój ze stepem. Niedościgniony mistrz miecza, potężny mężczyzna – król wręcz doskonały. Gdy tylko dowiaduje się o płonących ogniskach sygnałowych, domyśla się, dlaczego Lermett zwołuje radę. Przez resztę opowieści jest jako takim wsparciem dla władcy Najlisu.
Ettrejg, książę krwi ettarmskiego domu królewskiego, przyszły król, jest chyba najciekawszą postacią ze wszystkich. Wilkołak, pod postacią białego wilka przemierzający świat… Naprawdę mam ochotę przeczytać coś tylko o nim, ale zrzucam to na karb mojego zamiłowania do wilków.
Książę Orviet – syn króla Agnika, pana Afralii, zostaje wysłany na zebranie Wielkiej Rady tylko dlatego, że jego ojciec unosi się honorem, nie chcąc dygać przed smarkaczem. Orviet nie jest ani szczególnie błyskotliwy, ani mądry. Nie zna się na polityce, dyplomacji ani szermierce, za to uwielbia bale i wystawne przyjęcia i wszyscy go kochają. Nie chce wyjeżdżać, jednak nie sprzeciwi się ojcu, a suma summarum – o czym się przekonacie – wyjdzie mu to na dobre i okaże się ważnym elementem w tej poplątanej układance.
 Arnet i Jego Wysokość Akkarf pochodzą z kraju zupełnie oddanego religii. Ona jest Najwyższą Kapłanką Świątyni Ziemi, ale znalazła się tam z tajonej miłości do swojego władcy. Pchnięta przepowiednią udaje się na Wielką Radę razem z nim.
Król Irgiter, władca Riem, nie jest kochany przez swoich poddanych, a i inni królowie nie pałają do niego sympatią. Kłótliwy, niezbyt inteligentny, po prostu głupi, staje wszystkim ością w gardle.
I Szerrin, młoda księżniczka, która aby uchronić swój kraj przed zagarnięciem przez Irgitera i ratować brata przed śmiercią, decyduje się sama udać do Najlisu. Celowo się oszpecając, planuje zrazić króla Reim do siebie tak bardzo, by ten zrezygnował z pomysłu małżeństwa. Szerrin jest dość istotną postacią, a jej gotowość do drastycznych rozwiązań sprawiła, że nie dało się jej nie lubić.
Wreszcie Ewell, pogromca piratów, król rozsądny i szanowany nie tylko przez swój lud. On również rozumie powagę sytuacji i – jak wszyscy – podziwia młodego Lermetta.
Przybywa też wielki argin Annechara, dla którego król Najlisu jest prawie wychowankiem, przyjacielem i jednym ze swoich. Trochę odbiega od wizji stepowego barbarzyńcy, ale w tej książce nie ma w tym nic dziwnego, bo czasem niestety wszyscy są potulni jak baranki…

Pertraktacje, rokowania, dyskusje, zebrania, polityka i spisek. Spisek co prawda nieudolny, postaci z marszu podzielone na te dobre i złe, jak czarne na białym, ale napięcie jest. Dokładnie tak, jak w przypadku poprzedniej pozycji tej serii, są momenty zabawne i wzruszające, a jeden nawet mocniej ściska serducho. Pojawia się też wreszcie wątek miłosny, choć w żadnym razie nie stanowi jakiejś większej części tekstu, ale jest – a raczej są, bo wątków jest więcej – bardzo ważny.

Podsumowując ten mój trochę przydługi bełkot… „Lare-i-t’ae” jest pozycją, którą czyta się z przyjemnością. Zawiłości tak naprawdę na krótko są zawiłe, a sama fabuła niestety przewidywalna i w zasadzie wszystkiego można się domyślić, zwłaszcza, że autorka w sumie niczego nie zatajała… Ot wiadomo, trzeba powstrzymać kataklizm, ot wiadomo, trzeba tego a tego tolerować chociaż widać, że młot i tłuk, ale przekonać go mus… Jedynie drobnostki potrafią zaskoczyć, ale są to drobnostki naprawdę ciekawe. Monologów wewnętrznych oczywiście mnóstwo, a teraz w dodatku nie tylko Lermetta i Ariena, bo i bohaterów więcej, ale znów autorka nie przedobrzyła i wszystko było cacy. Polecać polecam, pewnie, że tak, a nawet byłabym zadowolona, gdyby kiedyś ukazała się trzecia część przygód tej dwójki. Chętnie bym po nią sięgnęła, bo podziwiam panią Ratkiewicz za umiejętność „włażenia do głowy”. Tak przedstawić czyjeś myśli, żeby to jeszcze miało sens… Eh. Można tylko o tym marzyć J.

Ocena: 8/10
Tytuł: Lare-i-t’ae
Autor: Eleonora Ratkiewicz
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Data wydania: maj 2012
ISBN: 9788375745924
Liczba stron:360
Kategoria: fantastyka, fantasy


Pozdrawiam,


SMG.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz